Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obłożenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obłożenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 marca 2013

Bluzka niepojęta – czyli znów trochę o dzianinie

Uszyłam bluzkę, ale nie mam pojęcia zupełnie, dlaczego akurat tę. Fason trochę oklepany, materiał – czarna bawełniana dzianina, a przecież idzie wiosna i aż się prosi o żywe, jasne kolory...

Na swoją obronę mam tylko to, że materiał leżał już pod ręką, czarna bluzka to element programu obowiązkowego każdej szafy, a z wiosną ma tyle wspólnego, że ma rękaw 3/4...

No i niepojętość postu ma jeszcze jeden aspekt – niepojęcie źle wyszły zdjęcia, a niby światła było dość...

Wracając do bluzki - jak zwykle ostatnio – Knipmode, dodatkowy zeszyt do numeru marcowego z 2011 roku. Na zdjęciu jej oczywiście nie widać, więc odpuszczę sobie zdjęcie.

Cóż mnie w trakcie krojenia i szycia spotkało po drodze, o czym jeszcze nie pisałam? Może sposób, w jaki kroiłam elementy rozszerzające albo zwężające się do dołu? Dokładniej – na poziomie dodatków na szwy? A jeszcze dokładniej – rękawy oraz dolne części przodu i tyłu?

Warto zastanowić się i zdecydować w takim przypadku od razu, jaka będzie ostateczna długość tych części. Wykrój rękawa skróciłam, bo mam krótsze ręce, a za tym od razu poszło zwężenie go do dołu, żeby zachować proporcje. Zwykłe ciachnięcie wykroju od dołu skutkowałoby rękawem szerszym u dołu, niż powinien być. Nie było z kolei potrzeby zwężania go robiąc zakładki nad i pod łokciem – bo rękaw niezwykle prosty w formie. Zdecydować trzeba też, jaka będzie wielkość dodatków na podłożenie. W wypadku dzianiny standardowe 1,5 – 2 cm nie zdadzą egzaminu. Tak wąskie podłożenia z dzianin mają większą albo mniejszą tendencję do wywracania się, przekładania na prawą stronę pokazując to, co do pokazania nie jest przeznaczone. Im bardziej brzeg dzianiny roluje się po przecięciu jej w poprzek, tym ta skłonność większa. Lepiej jest dodać 3-4 cm na podłożenie, bo tylko taka szerokość gwarantuje, że niespodzianek z wywijaniem się nie będzie.

Mając taki plan ułożony można się zabrać za krojenie – a tu z kolei trzeba pamiętać, że zwykłe przedłużenie części, które się poszerzają albo zwężają do dołu, zupełnie nie zda egzaminu. Po podwinięciu sporego zapasu okaże się, że podłożenie sprawi kłopoty podczas przyszywania - będzie za obszerne – albo za skąpe.

W takich razach robię jak tu: zostawiłam więcej zapasu na dolnych krawędziach wykroju, dodałam 4 cm na podłożenie, które następnie założyłam do góry, na wykrój, i docięłam zgodnie z zapasami na szwy na dole rękawa.



Dekolt bluzki wykończony jest obłożeniami skrojonymi łącznie z częściami przodu. Podkleiłam je paskami sztywnika mając papierowy wykrój wciąż przypięty do skrojonych przodów, bo dzianina jest bardzo cienka i na pewno rozciągnęła by się na skosach.

Podkleiłam sztywnikiem odszycie tyłu i przyszyłam do podkroju szyi. Teraz przyszło mi zszyć szwy ramion. Na linii ramion – równoległe, ale na odszyciach – już nie bardzo...



Najpierw spięłam szpilką nasadę obłożeń dokładnie w miejscu, gdzie brzegi obu części przestają się ze sobą „zgadzać” i nie dają nałożyć na siebie. Potem spięłam linię ramienia.
Zszyłam szew ramienia, igła maszyny znalazła się w miejscu wbicia pierwszej szpilki.



Z igłą wbitą w materiał podnoszę stopkę maszyny i przekręcam zszywane brzegi, układając je równolegle.



Szyję do końca szwu. Po wywinięciu obłożeń pod spód widać, jak wszystko ładnie się układa.



Jakoś trzeba wzmocnić szew ramienia. To będzie najbardziej obciążony szew bluzki. Zwykle wszywa się albo paseczek dzianiny, z której szyje się dana rzecz /błe.../, albo tasiemkę ze skosu /nie mam pod ręką/, albo wąską silikonową gumkę /tym bardziej nie mam/. Z tego, co pod ręką – zastanawiam się nad satynową wstążeczką /jakoś mi nie pasuje/ albo wąską czarną gumką /za sztywna/... I wtem – olśnienie! Moja bluzka? Chcę ładnie? I starannie? Czarny kordonek, igła – i wyszywam rząd łańcuszka tuż nad szwem ramienia. Prawda, że to najładniejsza wersja?



Upinam zakładki na przodzie, zszywam dolne części bluzki, zszywam szwy boczne, potem – górę z dołem. Zabieram się za rękawy – zszyłam szwy boczne – i tak teraz wygląda dół rękawa z podłożeniem:



Zaprasowuję do wewnątrz obrzucone podłożenie. Zabiorę się teraz za przyszycie go podwójną igłą, podobnie jak to robiłam w sukience na wakacje. Tym razem dzianina jest zdecydowanie bardziej wiotka i na pewno nieco się pod stopką maszyny rozciągnie. I szew będzie pofalowany. Nie zawsze się go da przywrócić do porządku prasując żelazkiem.

Trzeba przeanalizować sytuację. Dzianina rozciąga się pod stopką. Dlaczego? Bo transporter ja przesuwa i w trakcie tego naciąga. Maszyna przeszywając ścieg utrwala to rozciągnięcie i mamy pozamiatane.

A na ile rozciąga się dzianina? Na tyle, na ile rozciąga się jej najmniej rozciągliwe włókno... No to dorzucę jej takie.

Przyfastrygowuję podłożenie do wierzchu rękawa robiąc to dokładnie na takiej wysokości, na jakiej będzie przebiegał szew podłożenia. Fastryguję porządnie, wiążąc supełek na początku nici, a koniec szwu zabezpieczając tak, żeby się fastryga nie poluzowała. Musi być lekko napięta i stabilna.



Dokładam maszynie drugą szpulkę nici, zakładam podwójną igłę i szyję po prawej stronie tak, żeby fastryga znajdowała się między igłami. Można się posłużyć taką stopką z uwagi na lepsze pole widzenia, albo stopką przeźroczystą. Transporter podciąga materiał, ale ten z kolei się nie rozciąga, bo przytrzymuje go fastryga.







Paskudne zdjęcie... Fastryga wypruta, szew jeszcze nie przeprasowany. Widać mimo tragicznej jakości zdjęcia, że dzianina nie faluje.



Dla porównania, żeby nie było, że to sprawka maszyny, która pewnie dzianiny nie rozciąga wcale ;-) Taki sam szew, uszyty wzdłuż obrzuconego brzegu, ale „od ręki”, bez fastrygowania. Widać falowanie...



Wszyłam rękawy, podłożyłam dół bluzki. W sumie – szyło się ją lekko, łatwo i przyjemnie... Tak, żeby nabrać chęci do uszycia następnego ciuszka... Wiosennie jakby – mimo śniegu za oknem i czerni dzianiny...



No i dziś minął równo rok do pierwszego wpisu... :-)



czwartek, 14 czerwca 2012

Tak krawiec kraje, jak podszewki staje




Podszewka… U mnie w roli podszewki wystąpiła olbrzymia wieczorowa spódnica w paski, przybyła do mnie "niewiadomoskąd". Olbrzymia, ale nie na tyle, żeby mieć pewność, że wystarczy jej na całą podszewkę. Krojenie zaczęłam więc od elementów widocznych, na zasadzie „co z oczu, to z serca”. I dobrze, bo okazało się, że rękawy muszę sztukować. Jedną część rękawa, ale zawsze. Wykrój starałam się ułożyć tak, żeby szew łączący wypadł możliwie najniżej, bo im wyżej, tym rękaw bardziej napięty, tym bardziej byłoby widać, że pod wierzchnią warstwą dzieje się coś niepokojącego…

Wykrój kurtki został oryginalnie opracowany bez obłożenia tyłu na karku, co mi zupełnie nie przeszkadza ;-) W końcu – są „miliony” sposobów na wykończenie szytej rzeczy, więc podporządkuję się autorom…









Obłożenia przodów zostały wyodrębnione na arkuszu wykrojów jako osobna część, więc zanim przystąpię do wycinania części podszewki, muszę dostosować formy przodu. Te, które przylegają bezpośrednio do krawędzi zapięcia. „Okroić” je o wielkość obłożenia. Przykładam formę obłożenia do formy przodu i zaznaczam jej wewnętrzny brzeg.



Odcinam zaznaczoną część.




To samo robię z dolnymi częściami formy.

I zaczyna się jazda z paseczkami… Muszę pamiętać, że przód kurtki jest asymetryczny – zatem części przodu muszę teraz kroić układając formy lewą stroną na prawej stronie materiału – odwrotnie, niż to robiłam krojąc wierzch. Dodatkowy kłopot to taki, że paski nie są symetryczne, więc nie ma mowy o oszczędnym krojeniu, odwracaniu elementów itp.




Krojąc części z podszewki pilnuję, żeby punkty styczne były też punktami kontrolnymi pasków. Nie mam innego wyjścia. Gdyby kurtka miała „normalne” szwy boczne – nie byłoby sprawy. Części układałabym tak, żeby krawędź pachy przodu wypadała na tym samym paseczku, co krawędzie pachy tyłu i rękawa… Ale tych krawędzi po prostu nie ma ;-) Dobrze, że są chociaż punkty styczne…

Rękawy z powodu „braków materiałowych” skroiłam „byle jak” – symetrycznie względem siebie, ale niezbornie z resztą kurtki. Cóż, będzie je najmniej widać ;-) Zwłaszcza, gdy kurtkę ubiorę ;-) A jeśli ktoś będzie próbował pooglądać kurtkę wiszącą na wieszaku – popodglądać ją raczej – hm… To już połechce tylko moją próżność. Bo takie zainteresowanie o czymś świadczy… ;-)



Środkową część tyłu – górną i dolną – kroję w złożeniu materiału, dodając 4-5 cm /w sumie, więc odsuwając formę 2-2,5 cm od złożonego brzegu/. Jest to potrzebny dodatek „na luz”. Ten nadmiar długości na zewnętrznych brzegach – w stosunku do krawędzi warstwy wierzchniej – będzie „wchłonięty” przez zszytą na niewielkiej długości kontrafałdę. Dwie kontrafałdy – na dole i na górze podszewkowego „wkładu”.



Przygotowanie do zszywania… Spinanie… Wbijam szpilkę w wybrany paseczek po jednej stronie złożonych, przeznaczonych do spinania części…



… pilnując, by po drugiej stronie wylądowała na tym samym paseczku – w tym samym miejscu wzoru.

Szpilki wpinam gęsto. Nie chcę, żeby wzór pasków się „rozjechał”. Szyję wyciągając szpilki spod stopki maszyny w ostatniej chwili… Powoli, oczywiście… Trwa to wszystko tylko trochę szybciej, niż szycie ręczne.



Po to, żeby efekt był taki. Ładnie schodzące się na szwach paski. Po co właściwie? Ot, dla satysfakcji. I żeby nie wyglądało byle jak.

W końcu szyjąc dla siebie i dla własnej przyjemności można zadbać i o estetykę podszewki ;-)

Spotkałam się też z innym sposobem dopasowywania pasków i kratek na szwach.



Dodatki na szwy jednego ze zszywanych elementów trzeba zaprasować ok. 1-2 mm na zewnątrz od linii szwu i przypiąć szpilkami do drugiego elementu, dopasowując paski na tkaninie.



Następnie przeszyć jak najbliżej złożonego brzegu.



Dodatki na szwy rozprasować na płasko – i efekt jest całkiem, całkiem ;-)
Metoda jest szybsza, ale ma swoje minusy. Można tak postąpić wyłącznie z lekkim, cienkim materiałem, bo powstałe złożenie na szwie jest grubsze /4 warstwy materiału/ no i dodatki na szwy muszą być rozprasowane na obie strony. Nie wydaje mi się też, żeby wygodnie szyło się – a raczej zaprasowywało - łukowate krawędzie. Ale jako metoda „na szybko” – sprawdza się, czemu nie? ;-)



Wracając do poprzedniej metody…

Wyciąganie szpilki w ostatniej chwili nie zawsze się udaje. Czasem kończy się tak…
Tym razem – i tak całkiem nieźle. Czasem zgięta szpilka potrafi zamieszać w bębenku, kawałeczek może gdzieś utknąć, a normą jest wciągnięcie materiału razem ze szpilką pod ząbki transportera i wytarganie niekoniecznego ażurku…

Moment dobry na zastanowienie się nad dylematem: szpilka kontra igła maszyny. Co powinno być twardsze, silniejsze itp. Otóż – zdecydowanie – głosuję za szpilką. Nieraz zdarza mi się czytać narzekania na pękające, rzekomo – słabe – igły. I bardzo dobrze, że pękają. To świadczy o tym, że coś tu jest źle dobrane. Najczęściej - grubość – i co ważniejsze – typ igły w stosunku do materiału, a z kolei – materiał i ilość jego warstw w stosunku do możliwości maszyny. Nie ma się co dziwić, gdy domowa maszyna protestuje w kontakcie z szytą z grubego materiału torebką, a właściwie – z kilkoma złożonymi warstwami tegoż materiału. Przecież maszyna to urządzenie precyzyjne. W którym siła uderzenia igłą w materiał, moment tego uderzenia, praca transportera przesuwającego materiał w odpowiedniej chwili, obrót  chwytacza wiercącego się pod płytką i tworzącego ścieg – są ze sobą ściśle skoordynowane. I tych parametrów się nie przeskoczy. Ciasno upchany pod stopką materiał hamuje transporter. Igła musi nie tylko wejść w materiał, ale i wyjść z niego w odpowiednim czasie, a przecież materiał to nic innego, jak plątanina nitek, które igła rozsuwa lub przebija – by być przez nie objęta i przytrzymana. Im więcej warstw ścisłego materiału – tym mocniej… Przecież zdarzyło się wam szyjąc ręcznie wbić igłę w grubo złożony materiał – ale żeby ją wyjąć, trzeba było użyć kombinerek… ;-) Maszyna o kombinerki nie zawoła. Szarpnie. Pociągnie – i w ułamku sekundy albo coś tam się w środku na wale korbowym przestawi, albo sfiksuje igielnica, albo – w najszczęśliwszym przypadku – trzaśnie igła.

A co napisano w instrukcji? Że maszyna do lekkich i średnio ciężkich materiałów? Któż by się tym przejmował… Łatwiej wyrzekać, że szajs, że chińszczyzna, że nie to, panie, co kiedyś…

Cóż…

Pan Iksiński prowadzący firmę transportową ma „na stanie” i samochody osobowe, i vany, i ciężarówki. Specjalizacja. Dlaczego rynek maszyn do szycia miałby być inny?

No tak, ale przedwojenne Singery szyły wszystko…

Szyły. Ale czy moja babcia zasiadała do szycia jeansu, alcantary czy lycry? Raczej nie… Owszem, bywają zabytkowe maszyny sprawne do dziś. Ale – szyją tylko ściegiem prostym i tylko do przodu. Im więcej funkcji, tym większa precyzja, Tm większa precyzja, tym… 

Tak mi podpowiada mój niezbyt ścisły umysł… Niezbyt ścisły, ale – myślę -  nie pozbawiony logiki…

Wracając do dylematu: igła kontra szpilka.

Wolę, żeby igła była bardziej krucha, a szpilka – mocniejsza. Igła walnie w szpilkę i się rozleci. Nie wkręci sztywnej, sprężystej szpilki w bebechy maszyny, a szpilka maszyny nie uszkodzi.

JEDNO JEST TYLKO STRASZNIE WAŻNE!!!

UWAŻAJCIE NA OCZY!!!

Jestem okularnicą, więc mam gałki ;-)  już przysłonięte. Tych o sokolim wzroku, jak i tych noszących soczewki kontaktowe, wypada prosić: w momentach, kiedy złamanie igły czy szpilki jest bardziej niż prawdopodobne, czyli np. podczas takiego szycia, jakie przed chwilą uskuteczniłam – chrońcie oczy!  Nie wiem, jak się widzi przez gogle do prac szlifierskich /nawiasem mówiąc – spróbuję przy najbliższej wizycie w jakimś markecie budowlanym/, ale już takie nie zaciemniające zbytnio okulary przeciwsłoneczne byłyby dobrym wyborem… Tym bardziej, że w trakcie takiego  ręczno - maszynowego szycia odruchowo przysuwa się głowę z twarzą i oczami bliżej maszynowej stopki, spod której może wyprysnąć odłamek metalu…

Odłamkowym – ładuj – ognia! ;-)